poniedziałek, 6 stycznia 2014

# I

   Siedzi w ciemności. Już nie boi się, że sobie nie poradzi. Czuje siłe, a jest to siła z mroku, z ciemności, z zimna. Nie słyszy kołaczącego w klatce serca. Jej serce zwalnia do minimum potrzebnego do życia. Na kolanach ma zziębnięte dłonie. Choć czuje w ich wnętrzu zadziwiające ciepło. Ciemność kumuluje się w jej dłoniach. Mimo tego, że wszędzie jest ciemno, kula w jej dłoniach emanuje jeszcze wyraźniejszym mrokiem. Lecz jej to nie przeszkadza. Moc, którą pozyskała z mroku, sprawia jej radość.
   Przed ołtarz wchodzą dzieci z malutkimi lampionami. Ktoś zapala świece na ołtarzu. Obok zaczyna rozbrzmiewać pieśń. Kolejne osoby podchwytują melodie. Z przodu wychodzi kapłan i zaczyna msze, gdy wybrzmiewa ostani wers pieśni.
   Panikuje. Serce natychmiastowo przyśpiesza, jakby próbując nadgonić wcześniejszy przestuj. Zaciska dłonie, a mrok w jej dłoniach znika tak samo szybko jak się pojawił.
   Rozgląda się dookoła. Nikt nic nie zauważył. Wszyscy podziwiają światełka w rękach małych dzieci. Nawet mężczyzna siedzący tak blisko, że opierają się ramionami, nic nie zauważył. Wkońcu siedzi w ostatnim rzędzie.
   Uspokaja się. Ona również zaczyna słuchać słów kapłana. Serce wraca do właściwego rytmu. Za chwile światła zapalą się w całej kaplicy. Chowa ręce w rękawach, by je rozgrzać. Gdy przychodzi moment podania sobie znaku pokoju, jej dłonie są nawet ciut cieplejsze od ręki pana obok. Wymieniają uśmiech. Jeszcze chwilka i będzie koniec nabożeństwa.
    Wytrwała do końca i nikt nic nie spostrzegł. Wygrała z mrokiem tak dla niej kuszącym i łatwym. Zbyt łatwym by wróżył coś dobrego.